VI Ogólnopolski Konkurs „Magia Ogrodów” – nagrodzone wiersze

I MIEJSCE

Godło: POSPOLITY PRZEDMIOT POŻĄDANIA – PIOTR ZEMANEK Bielsko-Biała

GŁOSY

znam już smak deszczu który w tobie pada. napełnia zagłębienia

w ciele. wciąż niosę twój ból i gniew. nagi. pełen wstydu. w sobie.

jak gorzki ciężar. płynąc w łodzi bioder żegluję przez twój ocean.

który mnie wciąga. dławi. pokład zalewają fale. mokra skóra pęka.

byliśmy jak woda. ani starzy ani nazbyt niewinni. jak dwie krople.

nagle w lustrze moja twarz okrążyła słońce sześćdziesiąt razy.

ciało ubrane w twoje słowa było jak biały marmur. teraz te słowa

gasną we mnie. uciekają spod nóg. mówią ciału cierp. jesteś poetą.

gdy rozpinasz mi koszulę i kładziesz dłonie na moich piersiach.

potem rękę w której trzymam pióro prowadzisz w głąb. pod żebro.

czekam na twój szept; chcę ciebie w środku – słyszeć. mój głos cię

napełniał. jak rzeka. nie wiem czy jest jeszcze we mnie. mój głos.

CIAŁO I KREW

kiedyś twoje piersi zatęsknią do moich dłoni. warg. języka.

uda wystygną. wyschną rzeki. będę już tylko wiatrem który

porusza ciszę. suchą wodą do której wchodziłaś dawniej cała.

w której zanurzałaś palce. stopy. piłaś jej chłód. cielesność.

już jutro znajdziesz w sobie wiele miejsca po mnie. będziesz

pustym naczyniem. wnętrzem pełnym martwych ludzi. głosów.

odnajdziesz swoje ciało na piasku. nagie będzie głodem. to ja

położyłem ręce na twoich biodrach. w sakramentalnym geście.

dałem ci całego człowieka który jest we mnie. z chlebem ciała

i rzeką prawdziwej krwi. ciepłym oddechem chlebowego pieca.

szorstkością rąk i gładkim słowem. kładłem je na twojej skórze.

teraz opadły powieki. jakby ktoś za szybko wbił łopatę w ziemię.

II MIEJSCE

Godło SOALRIS – Arkadiusz Stosur Kraków

ZACZAROWANY OGRÓD /KANTATA/

Dedykowana Krzysztofowi Pendereckiemu

Jesteś jak samotne drzewo w ogrodzie życia

Wysokie smukłe milczące

Czasem symfonią liści zalśnisz

A wtedy ptaki requiem przyniosą w zaśpiewie skrzydeł szeleszczących na wietrze

Kamienie przesypią się doniosłym sanctus

Strumień cię ożywi odwiecznym kyrie Obłoki

W modlitwie dies irae ustaną w sypaniu płatków śniegu

A deszcz zawiesi kryształowe smugi kropel

A lux aeterna jak lampion zawiśnie

Nad naszymi głowami w starożytnym zamyśleniu

Lacrimosa wyspowiadają nas aniołowie z naszych czynów

I uniesie Cię sen chłopca zagubiony w pieśni

Sen o wiecznej wędrówce w ogrodzie ciszy gdzie

Przenika się wieczność z codzienną troską

A Agnus Dei znów nas nawiedzi i wezwie Cię

Abyś mógł zapisać od nowa partyturę żywot swego

I odpowiesz : libera me Domine I zgasną

Wszystkie światła

A nad światem unosić się będzie

Jedynie muzyka niebieskich sfer

Przedziwny ogród, 1903

Przestrzeń to niezwykła między kwiatami i dziećmi rozpięta
letnia burza w szeleście drzew wysokich moc ukazuje
przedziwną wonią się snuje jak malwy nieutulone
w żalu po odejściu słońca szlakiem wędrowców do świtu rozbraja pejzaż i podlicza
zyski i straty powrotu do piękna utraconego nagiego małego chłopca
ze złotymi lokami idącego pod opieką matki w szafirowej
powłóczystej sukni w granatowym kapeluszu o szerokim rondzie
co zasłania niebo i kawałek raju kobieta chce dotknąć
zakazanego o owocu dojrzałego jabłka pokrytego złotem i żółcią jeszcze
jedna postać w stroju ludowym snuje się w oddali nad głowami
ludzi wzlatuje tymczasem ogromna ważka i nieruchomieje w tęsknocie niedostatecznej
za tajemnicą nieodgadnioną jak niepokój i radość ukryte w cieniach na trawie

III MIEJSCE

godło GRANICA – MARIOLA KRUSZEWSKA Mińsk Mazowiecki

 

JA TU TYLKO PRZEJAZDEM

ogród za tamtym domem

poznał mnie

po tylu zimach na których przecież nie odcisnęłam śladu

przywitał znajomym zapachem wakacji

jakbym zaledwie wczoraj w gąszczu malin zgubiła wstążkę

szum liści wywołuje dreszcz

a może to wina wiatru ze wschodu

taka jestem spocona

zapewne z upału

nie ma już śpiewnego nawoływania kur

odbijającego się o dachy papierówek

konie ani krowy nie nawołują gospodarza do pośpiechu

jest znajomy świst jaskółczych kręgów i brzęczenie pszczół w lipach

ciekawskie warszawianki zerkają żółtym okiem zza płotu

georginie kręcą głowami górującymi nad wszędobylskim zielskiem

babcia by załamała ręce

lepiej już wrócę

tak mi wstyd

pójdę sobie przez ten zarośnięty ogród mojej niepamięci

gdzie pospołu wołać mnie będą po imieniu dzikie wino

i oswojone czereśnie

NA CZWARTYM PIĘTRZE

roztopiony asfalt więzi stopy

gdy uciekam przed sierpniem w kurz blokowiska

sąsiedzi rozmawiają tylko o burzy

która kiedyś okaże litość i zetrze pot z ich twarzy

brzęczą samochody w lśniących uniformach

trawa wydaje ostatnie tchnienie

gdzieś w podmiejskich ogrodach kipi lato

spod pokryw liści wycieka owocowa słodycz

brzęczą pszczoły w pasiastych uniformach

Seramida przechadza się w cieniu nadętych klaps

mój skrawek edenu to skrzynka z pelargoniami

przyszpilona jak martwy motyl

do rozżarzonej ściany betonu

piję herbatę

to służy zapuszczaniu korzeni

usychające płatki drżą z emocji

pod pieszczotą dłoni

WYRÓŻNIENIA

Godło BUK BOGDAN NOWICKI Świętochłowice

SŁONECZNIKI

Zrywa białą płachtę z łóżka, siada na brzegu

stawu i przygląda się tafli. Wrześniowy księżyc

przenika kruchość żywopłotów,

siwe lichtarze ostów, spłowiałe dachy wsi. Izby

wchłonęły w siebie rzeczy codziennego

użytku: są spuchnięte i trzeszczą szparami.

W obejściu pachnie stęchlizną. Źdźbła na progu

pozlepiały się. Nikt nie wie, jakie konstelacje

napierają w owym miejscu.

Koń ciągnie klekocący wóz. Miejsce płytko

oddycha. Skrzypi dach rupieciami w chaszczach,

przez który przecieka rdzawy deszcz.

Ku niemu płynie łódź z czarnego drewna,

wypełniona wszystkimi słonecznikami krótkiego

życia. O świcie syn zabierze go do hospicjum.

Uspokoiwszy dygot, słyszy wołanie, przycupniętej

na krawędzi łóżka

postaci,

całej zbudowanej z pestek…

OBIETNICA

Siedziałem na parapecie wyludnionej kamienicy z

Aniołem, który miał pergaminowo

żółtą skórę pod piórami. Sączyliśmy butelkowe

światło czerwcowego wieczoru.

Jak ich rozpoznajesz – zapytałem – obserwując

duszyczkę Słowa, przyoblekającą się

w ciało?

Po chodzie – odpowiedział Anioł – dżolery poruszają

się jak goryle, bezrobotni kiwają się na wszystkie

strony, jakby po każdym kroku mieli się przewróci

.

Ćpuny plączą się niby somnambulicy. A żule drobią

małymi kroczkami, przystają w jednym

miejscu nie wiadomo po co, by nagle ruszy

dalej.

Wkrótce nadejdą chłody, nasypie śniegu, więc będę

wywozi

ich saniami. Mam to już zaklepane

w zakładzie pogrzebowym Deux ex machina.

Potem podał mi szary kartonik-wizytówkę. Dobrze

posunięty w latach schowałem ją

w kieszeni

na wszelki wypadek…

godło EURYKLEJA – ADAM BUSZEK Kraków

MAM DLA CIEBIE CZWARTY CZAS

1

Co teraz?

Trudno mnie poznać.

Trenuję kolibry w korzeniach gór.

Podlewam ślady po stopach.

Lubię błyszczeć we wszystkim, co umiera.

Lubię wasze stygnące dłonie,

ciche strumyki pleśni pod paznokciami.

Kocham twoje usta białe o poranku,

kwitnące jak kości na przęsłach mostu.

2

Co teraz?

Nie wierz, że mnie nie ma.

Kochałam cię wczoraj.

Mnożyłam twój szept.

3

Teraz patrzę, jak twoja mama

zdejmuje skórę pod żebrem

i sięga po twoje imię,

lśniące i lepkie

(jak wzeszła rosa).

Słychać tu śmiech

i śpiew.

Nie masz jeszcze oczu,

ale już tańczą pod czołem motyle.

4

Nie wierz, że mnie nie ma.

Mam dla ciebie czwarty czas.

Jutro nasz ślub bez powiek.

KOŁYSANKA DZIENNA

Nie pytaj. Zaczniemy od nowa.

Polana – z cukrowych wat śmiechu.

Słońce – z przepaści między nami.

Deszcz – z parnych zenitów oddechu.

Cisza – z ciepłych kaskad warg.

Polana,

słońce,

deszcz,

cisza.

Teraz możemy się zdarzyć.

Będziemy śpiewać

w sekwojach dotyku.

Będziemy mieszkać

w łodyżkach snów.

Będziemy płakać

aż skropli się czas.

Godło OŁÓWEK – BOGUSŁAWA CHWIERUT Libiąż

MATKA

jak róża w ogrodzie wyczekiwała ojca

od okna do okna

niecierpliwie przekładała ręce

wpatrzona w jeden punkt

w przystanek nieopodal sklepu

mijały godziny

ciało coraz bardziej splatane przez światło

szukało miejsca

nerwowo poprawiła włosy

by być bardziej świeżą od kwiatu paproci

by być bardziej pachnącą od bzu

powoli zmierzchł wkradał się w ogród

gołym okiem można było jeszcze zobaczyć sklep

i niedomknięte drzwi

cicha jak morze

czekała na sztorm

OGRÓD BABCI

długi kiszkowaty korytarz

wąski jak Sukiennice

sięgający od domu do rzeki

gdzie pluskały się żaby zielone

w porze deszczowej przypływ zalewał parę krzaków porzeczki

i leszczyny w której uwiła sobie gniazdo rodzina trznadli

żółte brzuszki ptaków jak słoneczniki huśtały się na wiotkich gałęziach

słońce spacerowało jak po galerii

od płotu do płotu

dopieszczając każdy owoc

gruszki małgorzatki

i jesienne szare renety o irchowej skórce

błyszczały pół na pół z czerwienią

pod liśćmi maliny o których pisał Leśmian

dyndały owoce

sok filtrował ślinę podawaną na języku przy pocałunku

ruda wiewiórka przychodziła przez cały rok

po smakołyki które babcia zostawiał jej w koszyku zawieszonym na drzewie

od wiosny zaczynał się koncert

przekrzykiwanie kto mocniejszy

babunia siadywała wtedy koło studni

i słuchała ptasiego radia

para jeżyków założyła tu dom

miska mleka z której pił nie tylko kot

w czerwcowy wieczór na niebo wytoczyły swoje armaty czarne chmury

zaczęło grzmieć a w oknie zapaliła się gromnica

i para rąk złożonych do modlitwy jak obraz święty

babcia strażniczka klęsk patrzyła z litością w górę

by za parę dni widzieć tylko wierzchołki zalanych drzew

i pływające jabłka po wodzie

z emaliowaną balią w której kot jak rozbitek ratował swoje życie

ogród babci Anny utonął w moim śnie

WIERSZE ZAUWAŻONE

godło FLAMMULINA – MACIEJ HENRYK MODZELEWSKI Białobrzegi

W ZAPOMNIANYM OGRODZIE

Rumiane klony schodziły ze wzgórków pociemniałych już lekko

w szaro – złocisty mrok zbliżający się nieuchronnie.

Gorycz, rozkosz i urazy marszczyły czas.

Przesiane przez milczenie kierowały się wprost na trakt

wiodący do ruin ze zrudziałej cegły

obrosłych krwawą czerwienią dzikiego wina.

Ruiny były wspomnieniem czegoś wielkiego.

Cienie, jak starzy przyjaciele, szły ręka w rękę.

Świat powoli wpadał pod czerniejące skrzydła gęstniejącego mroku,

który strzępił się jak lina przecięta tępym nożem. Pora gwiazd.

Uleciały przejrzyste godziny ranne,

jedwabisty puszek słońca rozlanego w ziołach,

ciepłe kamienie z wylegującymi się szarymi jaszczurkami,

pławienie się w resztkach zieleni i ciepłej nabrzmiałej ziemi.

Nad płachtą zrudziałego rosarium wisiała gorzkawa smuga dymu

z przymieszką słodkiej woni jaśminu podduszanej ociężałym smogiem.

Na posrebrzonym obliczu księżyca budziło się zażenowanie.

Drzewa gestykulowały. Pnie uwięzione wiązką korzeni mruczały słojami.

Zbity gąszcz nocy nakrywał fartuchem kulawą furtkę na przeżartych rdzą zawiasach.

Jałowce z kołtuniastą grzywą lwa, odarte ze światła śniły śnieg zimą i słońce latem.

Uginały się pod kłującym brzemieniem.

Scalone komórki olejków eterycznych wypełniały rozmyty sześcian przestrzeni.

Mrok grzązł w ciemności. Uciekały liliowe kolory wrzosowiska i skrwawione georgini.

Wilgoć pokrywała pęcherzykami ostrolistne, gubiące chlorofil trawy.

W STARYM PARKU

Widzisz: na ziemię schodzi noc, sypie ciemność, popiołem prószy kolory.

Ochoczo muzykują świerszcze pijane rześkością wieczoru

i ciszą okutaną w gwiazdy. Przeciągają się kłębki woni

w tę noc o ugwieżdżeniu ponad statystycznym.

Na pachnącym dywanie zmroku śnisz słońca płonący krąg,

wspomnienia uwieszone szczerbatych murów,

urzeczenia rudowłosą dziewczyną, gdy łowiłeś piegi na jej nosie.

Widzisz: umierające cienie naszeptywały do ucha pełne dzikiej grozy opowieści,

rozpięte gałęzie doskonale wypełniały przestrzeń,

chichotały elfy podobno urodzone ze śmiechu dziecka.

Mroczne kaplice drzew rozbielały lichtarze drgających świetlików.

Rozsypuje się noc w klepsydrze świata,

swata sny i jawę, klęcznik trawnika i kuranty skrzypiących drzew.

Furkoczą żyłkowaną spódnicą liście przestraszonej osiki.

Widzisz: było południe. Białoperłowe meduzy chmur prażyły się w słońcu.

Spojrzenia chowałeś w obojętności

jak w pieczarze pełnej niepoznanych zakamarków.

Pociły się słowa, gdy mówiłeś do niej. Kładła się pleśń na twoim głosie.

Drobne gesty niczym żagle światła strącały popiół z urny pamięci.

Widzisz: gonisz światło – pierwotną wartość.

Rozziewane świty witały delikatną materię chlorofilowej zieleni.

Na próżno próbowałeś zapomnieć.

Na skrawku pamięci wciąż widziałeś jej obraz –

wydobywał się spod skorupy pozorów.

Godło MAKARY – TADEUSZ KNYZIAK „Coobus”

MAGIA

W zielonych gniazdach rodzi się głód życia,

czas się uskrzydla, jedwabni go motyl,

kwitną kasztany. Tu cię zostawiłem,

tu wciąż prowadzą coraz cichsze kroki.

Czy wracałbym tu, gdyby cię nie było?

Nie pytaj. Nie wiem. Ogród też już inny.

Wczoraj, nad ranem, znowu mi się śniłaś,

Świt psim językiem lizał stare blizny.

Uległe wiatrom witają mnie liście,

wita mnie oddech starego ogrodu,

podrywam życie na zmęczonych skrzydłach,

gdzieś w tym jaśminie odkrywałem młodość.

Ptak się nie męczy tak jak ludzka pamięć,

śledzę go wzrokiem, gdy kręgi zatacza.

Ja już bez skrzydeł. Jego są jak znaki,

utrwalające półprawdy półznaczeń.

Nikt nie wie po co stale tutaj wracam,

tylko te ptaki, tylko stary platan.

LISTY Z KRAINY CIENI

napiszesz mi pewnie że wraz z postępem cywilizacji

gwiazdy nad miastem wycofują się coraz dalej

a ludzie wokół jakby jeszcze bardziej

co smuci

napiszesz też że nasza rzeka już nie jest naszą rzeką

stare kasztany w parku jeszcze się bronią

na zawłaszczonej przez bluszcz ławce

nikt już nie siada

to już widać niemodne tak cudownie bławatnieć

w cieniu starych drzew

dodasz zapewne że miska psa

wciąż tak samo wierna i cierpliwa

stoi w tym samym w kącie

stoi i już

nie dorabiajmy do tego zbędnej ideologii

i jeszcze jak cię znam zamilkniesz wielokropkiem

właśnie tam gdzie zawsze ale nie szkodzi

kocham to niedopowiedzenie

kocham wszystkie twoje wielokropki

***

wiem co napiszesz

od czasu gdy zamilkłaś sam piszę listy od ciebie

staranną prowadzone kaligrafią którą zawsze

podziwiałem na tyle by się jej nauczyć

koperty też dobieram starannie

myśli wręcz przeciwnie

wybacz że nie odpisuję sam sobie

to zwykła duma urażonego mężczyzny

godło BANZAI – IWONA ŚWIERKULA Warszawa

SKANSEN

przy chałupie rzeźbionej wiatrami

gdacze podwórze

śpiewa ogród

maliny przejrzewają

choć śliwki wciąż kwaśne

dosycha siano w stodole

myszy depczą po śladach kocura

pod gniazdem bocianim

zamiast kołowrota

klangor drewna

a w czerpaku woda rozchłepcona

więc przerwa na kawę

NA ŚCIEŻCE

tasują się cienie

warstwi się pył z butów

gmatwają się kierunki

bo żwir depczą psy i mrówki

na poboczu natrętnieją chwasty

kolca ostu dotyka kolec ostu

za płotem kura wygdakuje jajko

w sadzie jabłka gniją

a na polu wrony wydziobują owies

jak odnaleźć w trawie monetę

która potoczyła się po wybojach

czy już zielsko schowało ją do kieszeni

płacę więc za zapach dziewanny

takie cło za przejście

gdzie popyt ponad podaż

Godło: SARAGINA – MAŁGORZATA KULISIEWICZ Kraków

BŁĘKITNA PETYCJA

Po końcu świata

po śmierci

znalazłem się w środku życia\stwarzałem siebie

budowałem życie

ludzi zwierzęta krajobrazy”

Tadeusz Różewicz „W środku życia”

—————————————————–

Wyjść z zaprzyjaźnionych przedmiotów

tak nagle.

Nie pogłaskać kota

na werandzie,

nie dokończyć swetra,

czmychnąć nasturcji w mgnieniu oka.

Nie obłaskawić listonosza,

nie zbierać z balkonu zeschłych liści,

nie układać fotografii,

nie pożegnać się z książkami?

Proszę o prolongatę czasu bezterminowo

Panie Lawendowych Łąk.

Wyrwana z korzeniami z życia

tak nagle

wpasowuję się na nowo

w stół nakryty szydełkowym obrusem,

w kilka owoców w kuchni,

w żywą naturę naszego pokoju.

Cieszy mnie nawet portret kota

zrobiony przez Małgorzatę

na cześć poetyckiego kocura Wittgensteina.

Nie trzeba wiele,

by wzeszła radość.

ZAPACHY PARYŻA

Fruniemy nad dachami Paryża

jak ludzie z obrazów Chagalla.

Smakujemy poziomki ze śmietaną

w kawiarnianym ogródku.

Gdzieś niedaleko mieszkał Mickiewicz.

Teraz nie ma już tamtej kamienicy

nad stajniami.

Zapach końskiego nawozu

pomagał Mistrzowi pisać,

przypominał rodzinny kraj.

Kto wiedział, że w tak przyziemny sposób

karmi się natchnienie?

Przysiadamy na chwilę

przed kolejnym odlotem.

Teraz słodko pachną tu fiołki i róże,

ale nikt już nie napisze

„Pana Tadeusza”.

WYRÓŻNIENIA SPECJALNE JURORÓW

Godło ELF – ANNA PILISZEWSKA Wieliczka

LUNARNE SADY

Rdzewieje stara furta, poskrzypując w mżawce.

Krzywa szopa kapotę założyła burą,

ptasim kluczem zamknięta wieczność drga za chmurą,

czarne pióro jak tratwa pływa po sadzawce.

Księżyc szkli się cierpliwie. W pajęczym kokonie

martwa osa się chwieje – a brzęk jej z zaświata

nie doleci do sadów, bo przeszłego lata

w pień wycięto renklody, wiśnie i jabłonie.

Okna z futryn wyjęte. Rozdziawione sienie

w pustych izb rozpaczliwość wzywają bez skutku

tych, co byli tu kiedyś i wyszli na krótko,

a dziś tylko wracają ich zgarbione cienie,

by w lunarnych ogrodach w mgłą dymiące noce

z drzew widmowych obrywać widmowe owoce…

godło RÓŻANIEC – TYTUS KAMIL ROLSKI Rogoźnik (śląski)

MOJA KRESOWA BABCIA

moja kresowa babcia

lubiła pokazywać mi

las

był jak jej dzieciństwo

gdy nosiła wodę ze strumienia

zbierała grzyby i jagody

w podgrodzieńskich gęstwinach

gdy szeptała mi swą opowieść

gwiazdy stawały się kolorowymi

guzikami na aksamitnym niebie

a mech pod nogami

bezszelestnie pieścił nasze

stopy

zawstydzone rusałki

zamiast napić się ze źródła

malowały mój bajkowy świat

na błękitno

obsypywały niezabudką

kobierzec po horyzont

moja kresowa babcia

najbardziej lubiła wracać

do lilii przy strumieniu

– mnie się potem zdawało

że miała je wpięte we włosy

gdy w snach odwiedzała mnie

z kubkiem mleka z miodem

i szeleszczącym pod fartuchem

maleńkim różańcem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *