Laureaci konkursu „Magia ogrodów”

Protokół komisji konkursowej
W dniu 16.09.2016 r. komisja w składzie Magdalena Węgrzynowicz Plichta,
Marzena Dąbrowa Szatko i Zbigniew Tlałka dokonała oceny wierszy, które
wpłynęły na konkurs „Magia ogrodów” organizowany przez Gminną
Bibliotekę Publiczną w Rabie Wyżnej. Stwierdzono, że nadesłano 55
zestawów – w sumie 92 wiersze. Jeden zestaw został odrzucony z powodów
formalnych – nie spełniał wymagań regulaminu.
Postanowiono nagrodzić następujące osoby:
Miejsce I – nr 4 godło: ARIELA „Babcia w starym sadzie”– Katarzyna
Wiktoria Polak Kraków
Miejsce II – nr 43 godło: Sylen „W ogrodzie”– Bogdan Nowicki
Świętochłowice
Miejsce III – nr 21 godło: Lazuro „Powrót do domu”– Marcin
Podlaski Rypin
Wyróżnienia:
nr 19 godło: kot kto wiersz: „W ogrodzie” – Janusz Lisicki Warszawa
nr 20 godło: La belle jardiniere wiersz: „Kolaż z ogrodem i kotem II”
– Anna Piliszewska Wieliczka
nr 34 godło PANTHEON „Eden” – Piotr Zemanek Bielsko-Biała
Dodatkowo zauważono następujące wiersze:
nr 8 godło Cygańska dusza „Kosz królowej” – Adriana Jarosz Izbicko
nr 11 godło: dzieci gór wiersz: Ogród w Lutowie – Małgorzata Hrycaj
Szczecin
nr 12 godło E.M.M.A „Jabłoń” – Ewa Akšamović Siepraw
nr 37 godło: portable „Ogród matki” – Anna Sadzik Kraków
nr 38 godło: PRYMULA wiersz: „Piwonie” – Magdalena Cybulska
Łódź

1

Katarzyna Wiktoria Polak
BABCIA W STARYM OGRODZIE
Babcia, z palcem wplecionym w koraliki różańca,
Drzemie na starej ławie pod drzewkiem śliwy.
Ogród sen jej kołysze.

Do jej zmęczonych stóp
Jabłko złote się toczy, jeż cichutko przychodzi, a kret
Przestał wznosić czarne kopce kretowisk.

Do snu w letnim ogrodzie
Anioł biały przychodzi i gładzi siwiutkie włosy,
I opowiada Niebo.

Zapach starej czeremchy przenika się
Z zapachem spadających
Owoców.

Babcia, z palcem wplecionym w koraliki różańca,
Drzemie na starej ławie pod drzewkiem śliwy.
Ogród sen jej kołysze…

Bogdan Nowicki
W OGRODZIE
W starym, dzikim ogrodzie
można pisać zielony
wiersz.

Cicho pukam w pień drzewa:
biegnie echo w pękniętej,
chropowatej korze.

Przyfruwa mała kraska –
rozkłada pierzaste skrzydło
z piórkiem modrym jak niebo.
I sprawdza
listę obecności.

Ubyła chwila
milczenia.

Teraz pukam ostrożniej,
nasłuchując
od drugiej strony – od wewnątrz.

W starym, dzikim ogrodzie
można pisać zielony
wiersz…

Marcin Podlaski
POWRÓT DO DOMU

w ogrodzie mamy kwitnie migdałowiec. z welonu czereśni trzmiel uwodzi wonie
w powietrze, od niewysłowień ptaszęcych nabrzmiałe jak struna, której dotknąć nie śmiem

przez moment, bo potem kładąc obie dłonie na sterze wiatraka, skręcam w prawo – i już
drgają drogie tony. pod aronią zmierzchu krwawy obrzęk liści; zimują tam raki,

wierzyłem. ich szczypce wyrywały pióra z mojej gęsiej skóry, gdy stała na polu
przy mnie, będącym tylko maciejkowym westchnieniem w żabiej alkowie wieczoru.

spacer nad rowem. to do niego wrzucałem dni (dziś rośnie tam parzący barszcz).
myślałem: wrócę, wzdłuż przejdę się i pozbieram wszystkie, aby jeszcze raz

roztopić się w nich, dziewica w kąpieli. raptem: zima (świat jak dziś czereśnia
się bieli), po niej wiosna. i nic już nie było tak samo. znałem ten rów – a nie mogłem go poznać

od tamtej pory woń lewkonii przenika mnie świtem.

Janusz Lisicki
W OGRODZIE

Tę malwę posadziłam, gdy się urodziłeś – powiedziała matka. Na jej dłoniach
zobaczyłem mapę zmarszczek, w oczach czaiły się jeziora wypełnione po
brzegi wodami wspomnień. Ta róża rozkwita zawsze w rocznicę śmierci
ojca, ma w sobie coś groźnego, niemal krzyczy swoim kolorem. Wszystkie

rabatki to groby, albo stoły weselne, albo koce pikników nad jeziorem, w
lesie, na podwórku we wsi. Życie rozkwita i więdnie, zapada się w sobie
jak zbyt ciężki kwiat, zostają tylko nasiona roznoszone przez wichurę
dziejów. Ten ogród jest moim wołaniem, głosem w dna mojej duszy, jest

rozpoczętym zdaniem, które wciąż spada w wersetu w werset, ale kończy się
dopiero na następnej stronie, które wciąż nie przeczytałam. Stajemy w cieniu
lipy, brzęczenie owadów lekko nas usypia, stopy wsiąkają w ciepłą
ziemię, czujemy, jak zaczynają nam wyrastać korzenie.

Anna Piliszewska
KOLAŻ Z OGRODEM I KOTEM II

Ten ogród sadził dziadek – jego żylaste dłonie
zanurzały się w ziemi z miłością
dziecka, nie starca. Pot rękawem ocierał
tak zwyczajnie – nieśpiesznie i tak bardzo
cierpliwie, jak cierpliwe są drzewa.

Pod gałęziami, które rozkładały zielone
parasole gałęzi,
pod forsycją jak żupan o szerokich rękawach,
odpoczywał lub stąpał z zardzewiałą konewką.

Czułość, lato, marzenie…
I jest tam kosz z wikliny na dojrzałe owoce,
sierp i mały sekator. Zrobię myszkę z papieru –
pójdę bawić się z moim ukochanym
kocurem. Słychać: trzeszczą
sztachety murszejących parkanów.

Schwyć tę wstążkę
z warkocza, którą wyszarpał wicher!
Widzisz łubin? Pergole w plątaninie
powojów? Wiosny, lata, jesienie…?

Nie mów mi, że już zima, że już szron
liście zwarzył, że już zegar odmierzył to, co
nieodwracalne,
bo kalendarz strażacki pokazuje inaczej –
stary, zżółkły kalendarz
sprzed lat…

Piotr Zemanek
EDEN

to ogród dzikich ludzkich zwierząt. jak pragnienie mężczyzny,
oczekiwanie kobiety. pusta przestrzeń rozległa bezbarwna.
labirynt ulic wciągających w głąb siebie. do wnętrza. z opaską na
oczach, poruszamy się po omacku. wyciągam ręce przed siebie,

przykładam palec serdeczny do twojego palca. stąd widać
źródło pulsującej krwi. skaner sczytuje linie papilarne, sprawdza
zgodność równoleżników ciał. przewodzenie i poziom napięcia.

jak blisko podejdziesz do starego drzewa. szorstka spękana skóra
może ranić. gdy wyciągniesz rękę z jabłkiem w dłoni, ubrudzi
moją białą koszulę. ugryzione potoczy się w złą stronę. widzisz,

upadło. leży na ścieżce. połóżmy się obok niego. wilgotne runo
zasłoni nasze ciała. będziemy oddychać razem z nim. nie opuścimy
tego miejsca. zagnieżdżeni głęboko w śnieniu. jeszcze nie teraz.

Ada Jarosz
KOSZ KRÓLOWEJ
wydawało mi się że rosły w nim
najprawdziwsze królewskie jabłka
(babka nazywała je sztetynami)
kiedy byliśmy grzeczni sadzała
na białych kuchennych tronach
na głowy wkładała stokrotne
korony i wręczała złotorumiane
atrybuty władzy która jednak tak
prędko się kończyła jak szybko
wgryzaliśmy się w soczystą skórkę
w południe dostawaliśmy berła
wówczas kosztowaliśmy bogactw
pochodzących wyłącznie z babcinego
królestwa i rządziliśmy tym co
na poniemieckich talerzach
najsmaczniejsze były czereśniowe
zupy z dalekomorskimi przyprawami
pierogi nadziewane jadeitowymi
koralikami o których Mela mówiła
że to dary jagodowego dziadka
oraz nektar prosto od rogatej
(dywagowaliśmy nad tym co znaczyło
w języku krasuli znane nam słowo
mu z dziwnie akcentowaną głoską)
za pałacem znajdowały się pszeniczne
pola i ciągnęły aż pod graniczną rzekę
pilnowaną przez panów zamykających
w więzieniach królewskich wnuków
więc nam tam nie było wolno
któregoś dnia przekroczyliśmy ją
ale nikt nie podniósł na nas ręki
(może dlatego że mieliśmy z sobą
wiklinowe łuki i bzowe miecze)
przynieśliśmy zdobyczne dukaty
soczyste drobne mirabelki które później
zamknięto w szklanych szkatułkach
nie powiedzieliśmy skąd mamy te skarby
choć zdradzały nas nogawki spodni
wieczorami siadaliśmy przed pałacem
wtedy zjawiali się nocni ogrodnicy
najgłośniej skarżył się kwiczoł że słowik
fałszywy bo rdzawy i śpiewa nieczysto
zewsząd docierały szepty szelesty piski
byliśmy pewni że to bitwa na śmierć i życie
bo codziennie znajdowaliśmy przy ścieżce
trupy chwastów poległych w nocnym boju

z daleka dochodził głos pójdźki
prosiła męża pójdź pójdź pójdź tam
a on głuchy na jej wołanie jak wiarołomny
bezwstydnik tulił się do aksamitu nocy
w końcu przychodziła królewska babka
z wieloskrzydłym papierowym motylem
mościła się na werandowym fotelu i odlatywała
a my odkładaliśmy gwiazdy na czarną godzinę
bezbronni poddawaliśmy się krochmalonym snom
rankiem przy pańskim koszu znajdowaliśmy
kawał słońca pachnącego miodowym bochnem
to było prawdziwe królestwo

Małgorzata Hrycaj
OGRÓD W LUTOWIE

pamiętam poranki w tajemniczym
ogrodzie
plamy słońca ferie barw koncerty
much chłodną trawę na dziecięcych
stopach mącący w głowie zapach
nie znałam dzieł Moneta
malowałam swoje pobłażliwie
uśmiechał się Leśmian
krzaki malin porzeczek przygarniały
hojnie piwonie poiły z pękatych
bukłaków
i radował się pan Bóg z dziewczęcej
swobody gdy biegłam do kościoła
przez grające łąki śpiewając
/kwitną we mnie twe ogrody/

Ewa Aksamović
JABŁOŃ
Uniosła ku niebu koślawe konary
Jabłoń – starowinka z wyrokiem śmierci
Z rozpaczą wzywając zielonego boga

Spójrz, Stwórco, przecież żyję!
Jeszcze wiosną przykrywam
Starą nagość zielonymi liśćmi

Maluję kwiatami
Koniuszki gałązek
Jak kobieta paznokcie

Jeszcze stoję
Jeszcze szumię
Czym zawiniłam?

Przecież i tak
Za kilka lat
Starością sama upadnę

Zostanie tylko pniak próchniejący
Nisko nad ziemią
Jak nagrobek

Anna Sadzik
OGRÓD MATKI
w ogrodzie matki było nas wielu
widziało się i fiołki i ludzi
goście robili sobie fotki
farbami na sztalugach domu
powstawały niezapomniane pejzaże
oparte o mury drzewek owocowych
i bujające się pod fontanną z beczki

pewnego dnia więdła winorośl
tarcze naszych rąk wskrzesiły ją
ale z palcami matki
ciszy w milczeniu wiatru
nie było szans przegadać
trawa kosiła siebie i starość
ale i ta była tu obecna
gdy dziadek poganiał słoneczniki
zapach igliwia przygotowywał się
do świąt miesiącami, a my miesiącami
oddychaliśmy zabawą

na kocu przesiąkniętym deszczem i mchem
brali nas za niewyobrażalnych leni
a my otoczeni murem z książek
bierkami broniliśmy tego miejsca
matka jakby tańcząc w pościeli
wieszała girlandy światła
torując nam powrót nocy

i wieczorem wrócił księżyc
zasypiający z zachwytu nad mleczami

Magdalena Cybulska
PIWONIE
Piwonie zawsze pachniały dla mnie początkiem. Lata. Barokowe. Płatki.
Tysiące płatków. Kolejne warstwy. Pękate. Ciężkie. Głowy. Siwe.
Włosy. Dwie stare kobiety. Przyszły. Przyjrzeć się światu. Czy się on
zmienił? Od czasu gdy były młode. A może nic w nim nie uległo
przemianie. Kamień, drzewo, słońce zajmują te same miejsca w
przestrzeni. A one pełne życia. Po brzegi. Staw. Odbite chmury. Niebo na
wyciągnięcie ręki. Piwonie. Obietnica. Czegoś wielkiego. Pstrykają
zdjęcia dla wnuczków. Że one teraz. Tu. W tych piwoniach. Szczęśliwe.
Intensywnie. W różu, bieli, purpurze. W utrudzonych pszczołach. Zachwycone.
Tym pączkowaniem, kwitnieniem. Jakby nic się jeszcze nie wydarzyło. I nie
miało wydarzyć. Piwonie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *