MAGIA OGRODÓW X – nagrodzone wiersze

Statuetka za najlepszy wiersz ogrodowy

DOROTA HUBICKA (godło MAMA BORYSA) – Chrzanów

Wiosna w sadzie
Czereśniowe sny wiosenne
Parasole z kwiatów wiśni
I jabłonie w różowej tonacji
Z nadzieją na jabłka kolorowe
Żółte i czerwone jak z obrazków
Dzieci z drugiej klasy
I ty między tym wszystkim
Jakże w tym sadzie ci do twarzy
W tej zieleni soczystej
Pod nogami mlecze się złocą
Stajesz w drzewa półcieniu
Jakieś brązy we włosach się mienią
Wyglądasz pięknie
Już światło się kończy słoneczne
Pozwalasz mi marzyć z oddali
W rozkwitającym półmroku
Podglądamy jak sad wszystko połączył
Tam już zieleń zmierza do czerni
Wracamy
Splatamy nasze dłonie tęsknotą
Czujemy podziw dla świata
Jesteśmy wspólnym oddechem
Cichym i głębokim
Byle tylko nie spłoszyć ptaków

MIEJSCE I

KLAUDIA WISZNIOWSKA-PROKSA pseud. Klaudia Karolina

(godło HUŚTAWKA) – Szczecin

List do Giedroycia

Wiesz, jak trudno było mi zebrać się,

by napisać do Ciebie choć kilka słów –

słów nieprzypadkowych, ważonych

jak wczorajsze myśli, które potrafiły udźwignąć

ciężar uczuć. Dziś list to niemal relikwia:

w miejsce atramentu – szklane piksele,

zamiast drżenia dłoni – szybkie przesunięcie

kciuka. SMS, rolka, mail, post, głosówka.

Wszystko natychmiast, wszystko powierzchowne,

nic, co mogłoby przetrwać w szufladzie, w sercu

historii. Na poczcie nie znajdziesz już nawet

znaczka – przyklejają pasek z kodem.

Bez zapachu kleju, bez śladu człowieka.

Jakby świat zrezygnował z intymności na rzecz

prędkości. Gdzie więc podziały się tamte czasy,

gdy list niósł w sobie światło i cień,

miłość i gniew, radość pulsującą między

wierszami? Gdzie się podział smutek,

który najpierw trzeba było z papierem oswoić?

Nie ma listów.

Nie ma złudzeń.

Nie ma ciebie.

Wiem – to już nie wróci,

choć czasem otwieram dłonie,

jakby miała w nie spaść ta jedna,

ostatnia koperta z twoim imieniem.

Cyfrowe jabłko

Puka i stuka. Stuka i puka. To ty

z przyszłości moja bezwstydna oblubienico.

Znów wkręcasz się w moje życie jak wąż

na jabłonce poznania, a ja ślinię się na

widok tak soczystych barw. Steve Jobs patrzy

zarumieniony i zazdrości mi stąpania

po ziemi pełnej cyfrowych możliwości.

Wybrzydzam, grzeszę myślą słowem i czynem,

nie wiedząc, kiedy powiedzieć dość. Kęs

po kęsie pożeram swój własny horyzont.

Puste ekrany są jak lustra, w których przyszłość

nie ma już nawet twarzy. Czekam już tylko

aż wygnasz mnie z raju w czarną dziurę ekranu.

MIEJSCE II

MAGDALENA CYBULSKA (godło HIBISKUS) – Łódź

***

Wiatr od pustyni nie przynosi niczego dobrego. Sirocco tak go nazywają.

Skały mają chropowate dłonie, gdy nas dotykają, kiedy zanurzamy się w

miękkich falach. Nad filiżanką z czarną kawą wschodzą cytryny.

Mam pusto w żołądku jak ten chudy kot, którego zielone

oczy hipnotyzują. Można w nie wpaść. Jak w wielką głębinę bez dna.

One opuściły stały ląd. I nie wiedz jaką ścieżkę wybrać, aby się tam z powrotem

dostać. Mnożą się brat z siostrą. Nikt im nie powiedział, że tak nie wolno.

Mewy ufają morzu aż po sam horyzont. Fale jednak potrafią Cię zaprowadzić

tam, gdzie nie chciałbyś być. Dlatego nie zdawaj się na łaskę morskich prądów.

Potomek rybaków nadal tu mieszka. Opowiada o nich jakby byli jakimiś świętymi,

którzy zeszli na ziemię. Łowili bowiem wielkie ryby, które pływają teraz na pożółkłych

stronach starych gazet. Czytamy a nie wierzymy. Jesteśmy jak św. Tomasz.

Musimy dotknąć tej rany świata. Czasem krwawi ona płatkami pelargonii.

Zarasta kwiatami hibiskusa i migdałowców.

***

Nasze ciało zbudowane jest z wody. I ze skał. W powietrzu wisi sól i suche trawy.

Białe pasemka chmur wplatam we włosy. Nie będzie widać, że siwieje.

Miasteczko przysiadło na brzegu. Jego oczy są szeroko otwarte na obcych.

Swoich rozpoznaje po zapachu. Bo jest ich zaledwie garstka.

Płonie pękaty krzew bugenwilli. Na różowo. Wita mnie ojciec Pio

wśród drzew oliwnych. Może czasem schodzi nad morze.

Aby zanurzyć w nim śmiertelne ciało. Poznał już zapewne mowę ryb.

Choć one wciąż wątpią. W jaskini malowidła naskalne. Mężczyźni, kobiety,

byki, osły, konie. Kiedy oni tu byli świat był inny. Nie miał granic. Czas wyznaczało

słońce. Jego oddech. Nadal tańczą choć ich muzyka już nie gra. Teraz tylko mewy

ze sobą zbyt głośno rozmawiają. Nasze ciało zbudowane jest z wody. Dlatego tak szybko

wysychamy. Teraz wędrują tu tylko stada tuńczyków. Podążamy za nimi. Trzymamy się

płetw i ogonów. Kim był ten, który próbował opowiadać o świeci. W którym nie było

liter, przecinków, kropek i wykrzykników. Wierzyli w coś ponad nimi.

Co trudno uchwycić w dłonie. Ale na pewno istnieje. Między jednym a drugim

ziarenkiem piasku. W szeleście kawałeczków białych muszelek na plaży.

MIEJSCE III

MARCIN WRÓBLEWSKI (godło ANTYPOETA) – Drzewce-Kolonia k/Nałęczowa

spoiwo

do życia niemrawo sięgam, jak

– rwąc jabłko –

myślę, że już dojrzało

i nie będzie jego odwaga

mnie onieśmielać.

chwytam i czuję chłód skóry

żałującej mi miąższu,

strużek soku na brodzie

i widoku nagich bezbronnych pestek.

a jednak chwila grozy, w której jesteśmy jedno:

drzewo, owoc i ja –

sprawia, że rozumiem.

krawędź noża

wieczna dzikość

hojnych łopianów.

od zera,

donikąd.

oddycham

przenicowany brzytwą tataraku

w bukiecie własnych wydzielin.

WYRÓŻNIENIA

WIOLETA SZARWAS (godło PAMIĘĆ DRZEW) – Stanowice

kiedy umarła babcia

jaskółki zniżyły lot jakby ciężar nieba

stał się nie do zniesienia

patrzyłam jak wierzby uginając ramiona ku ziemi

próbowały zniknąć rozpuścić się

w mętnej źrenicy stawu

obok łóżka na niewielkiej szafce

na której od dawna czuwał miłosierny Chrystus

zapłonęło miodowe światło gromnicy

nie mogłam się ruszyć ani oddychać

płuca napełniały się odłamkami szkła

zamiast powietrzem

gubiłam słowa – odłupki wykruszone dla konających

ze środka litanii zapętlające się w pamięci akty

strzeliste niczym kopce z ziemi i piasku

wpychane siłą do krtani

strugi deszczu uderzały miarowo o szyby

dom wydawał się zbyt obcy by zrozumieć

podłożony pod skórą ogień

mówisz że już nie pamiętasz

gdzie rosły białe morwy

minęło zbyt wiele lat od kiedy ostatni raz

rozkładałam pod drzewem jasną płachtę

śmiałaś się głośno gdy potrząsałam pniem

a wokół spadały słodkie owoce

tak trudno uwierzyć

że chłód coraz mocniej doskwiera nadgarstkom

i liściom opuszczonym wzdłuż ciał różaneczników

że na dobre wyrastamy z drewnianej huśtawki

powieszonej na gałęzi wczesną wiosną

ludzie i czas zapisują się w sepii serca

jak na starej fotografii z falbanką

która staje się jedynym śladem

dzieciństwa – całunem dla małych bosych stóp

piegów na rozgrzanych słońcem policzkach

wianków plecionych z rumianków chabrów

i czerwonej koniczyny

WIESŁAW JANUSZ MIKULSKI (godło KRYSZTAŁ) – Ostrołęka

KRUSZWICA DZIŚ

Żonie Żanecie

rozświetlone słońcem
pobrzeże jeziora
jest teraz puste
bez Ciebie

drzewa stoją
jak metalowe znicze
ze zgaszonym blaskiem
i uśmiechem

po ścianach Zamku
wspina się mój wzrok
wypatrując minionego czasu
i Ciebie …

***

Żonie Żanecie

maj zaśpiewał
Twoim głosem

kwitnące drzewa
jak opuszczone psy
pytają się o swoją panią

wiem że Twoja dusza
t u j e s t …

+Ostrołęka, 19 maja 2026 roku,
godz.02:02, wtorek

AGNIESZKA MOHYLOWSKA (godło SZYPUŁKA) – Każmierz

wiara

szum nie ustawał

rzędy uli

stały obok siebie

jak małe kościółki

słyszysz?

słyszę – odpowiadałam

a dziadek kiwał głową

nad drzewami

roiło się od skrzydeł

stawałam na palcach

i patrzyłam w górę

dziadek mówił

że pszczoły próbują

dolecieć do nieba

do dzisiaj kiedy któraś

zabłądzi w moim domu

otwieram okno i czekam

aż przypomni sobie drogę

na początku był chaos

miejscami

trawa sięgała ogrodzenia

do okien zaglądał bluszcz

obok siebie

na równych prawach

rosły róże i mniszki

piwonie i pokrzywy

w ogrodzie babci

było też mnóstwo drzew

po jednej parze

z każdego gatunku

latem dawały sobie cień

a jesienią wspólnie gubiły liście

kiedy odeszła

jej ogród długo jeszcze

rósł po swojemu

później postanowiliśmy

zrobić w nim porządek

każdej wiosny ścinaliśmy trawę

wyrywaliśmy pokrzywy

rozsadzaliśmy młode drzewa

i z czasem udało się nam

stworzyć doskonały ogród

bez duszy

WIERSZE ZAUWAŻONE

AGNIESZKA JABŁOŃSKA (godło HORTENSJA) – Kawęczyn

W ogrodzie

Ogród, mój ogród tkany z przędzy marzeń:

dom gołębia grzywacza, krzykliwej sójki.

Kosa, co śpiewa na pergoli winogron,

żylistka tętniącego brzęczeniem pszczół.

Przez ogród biegnie ukosem pędzel deszczu.

Zdyszany wiatr liść jabłoni trąci czasem.

Słońce na palcach zakrada się niespiesznie,

zerkając nieśmiało zza smukłych pni sosen.

Dudek wpadnie lub pleszka, gości kopciuszek.

W ogrodzie tkanym złotą nicią wzruszeń

usłyszę wołanie kukułki, śpiew wilgi,

zobaczę stadka dzwońców, szczygli, sikorek.

Przysiadam na brzegu miękkiego fotela.

W zapachu mięty, bazylii, melisy

zestrajam rytm ciała z oddechem lasu,

stając się jednością z moim ogrodem.

Świt za świtem, blask za blaskiem, noc za nocą.

Płoną barwy, wśród drzew przemyka światłocień.

Wciąż płynie, faluje lawendowe morze…

Pierwiośnie

ciepły oddech wiatru

faluje w kosmykach zamyśleń

zbudzone z letargu owady

żeglują po nieuchwytnych szlakach

dachy wygrzewają grzbiety

czarny kos pogwizduje błyska żółtym dziobem

na wielkim brzuchu głazu lądują motyle

morele ubierają różowe sukienki

wiejska cisza brzęczy trzmielem śpiewa pierwiosnkiem

unosi się jak pszczoła nad źdźbłami nadziei

nocą zasłucha się w serenady psów

dopiero krzyk bażanta spłoszy ją o świcie

teraz gdy na złotych strunach rozpiętych na lazurze nieba

wiosna gra koncert Vivaldiego

– lutnia mojego serca nieśmiało improwizuje

akordami basso continuo.

ALEKSANDRA DYBOWSKA (godło KRUSZYNA) – Pruszków

mater cottidiana

matka chodzi po ogrodzie zbiera do koszyka

owoce z których zrobi przetwory trzeba żyć

myśli i przeciera chudą dłonią we wzory żył

oczy w kolorze cienia spod gęstwiny chmur

gdybyś tu był synku gdybyś tu był powtarza

coraz bardziej melodyjny codzienny refren

a niebo co chwilę to zniża się to oddala na

gołębich skrzydłach jeszcze nie pora mówi

sama do siebie zawiesza wzrok na gałęzi

gdybyś tu był synku gdybyś tu był powtarza

i klęka pod drzewem pod którym może on

stał bezradnie w tamtej chwili tak sobie to

wyobraża coś trzeba sobie wyobrażać żeby

przejść z tej strony na tamtą ciąży koszyk

matce boskiej klęczącej w ogrodzie oliwnym

weltschmerz

ból zaczyna się w uchu środkowym i wewnątrz

wąskiego gardła zaniemówień później promieniuje

na opuchliznę świata zewnętrznego a może wszystko

odbywa się na zasadzie sprzężeń zwrotnych czasami

słabną mi mięśnie poprzecznie pręgowane serca tak

zaczyna się choroba dzikich kotów żyjących w lesie

znaczeń spójrz jak moje czułe myśli jeżą się wyginają

w łuki grzbietów górskich z zimową sierścią sosen

kiedy prądy wsteczne w morzu potrzeb ciągną tam

skąd nie sposób na dobre odejść pozostaje mruczeć

lecznicze melodie zwinięte w parne kłębki snów

i trzymać się pazurami bladego źdźbła jutrzni

ANDRZEJ HALICKI (godło SAUDADE) – Biała Podlaska

dzień kobiet

babcia przenikała cieniem po zachodzie słońca

już wtedy bożowała bardziej niż zwykle

na jedynej fotografii na tle gruszy – druga z prawej

już wtedy wyglądała jakby chciała rozejść się po kościach

i miała po niej zostać tylko ta niebieska emaliowana miska

wsparta o nią drewniana łyżka i sio kota

przyłaził nicpoń jeszcze czas jakiś

by rozpłynąć się w tygodniach

matka odchodziła w rytmie wyładowań letniej błyskawicy

dopiero kilka lat później kupią pierwszy rezonans w mieście

czerwony budynek z poniemieckiej cegły

wciąż wygląda jak wtedy

matka w albumie w ulubionych rabarbarach

komponujących z wyściółką trumny

dopiero za kilka lat postawią pierwszą spalarnię w mieście

na starej pętli siódemki nie sprzedają włoskich lodów

wody z saturatora

frezji na Dzień Kobiet

***

boję się

zapachu nietrzymania wiersza

zwiotczenia liter odciśniętych w pampersie

ran myśli przeciekających opatrunek

niedokończonego bożowania

życia z grubsza

zwietrzenia w szesnastokartkowym zeszycie

w linie

boję się

że nie będzie tam ciebie

ALICJA LASZKIEWICZ (godło TRUTÓWKA) – Wrocław


1. HORTUS CONCLUSUS PO CZŁOWIEKU

Furtka nie domyka się od wiosny.

Powój przewlókł przez zawias

zielone powrozie i teraz ogród

wchodzi sam w siebie,

coraz głębiej.

Na kamieniu łyska ślimak.

Zostawia srebrnopis tak cienki,

że słońce musi się schylić,

aby go przeczytać.

Kędyś za murem był sad.

Tak zapisano na planie:

sad…

jedna sylaba na sześćdziesiąt

drzew, na korzenie, huby, dziuple,

kwiecie, próchno, pszczoły.

Sześć niedopowiedzeń

w jednym słowie.

Dziś zostały dwa pnie.

Pierwszy rozszczepiła burza.

Drugi sam otworzył w sobie

ciemne

przechodzieństwo…

mrówka, skorek, grzybnia,

pająk, stonoga, korzeń

ostrożnia.

Sześć żywotów mieszka

w tym, co człowiek nazwał

martwym drewnem.

Azali martwe

jest tylko to, czego nie umiemy

już użyć?

Przy studni rośnie czyściec.

Dalej dziewanna, podagrycznik,

miodunka, przytulia,

pępawa, kurdybanek.

Sześć imion, które brzmią,

jakby ogród mówił jeszcze

językiem przed nami.

Kurdybanek.

Powtarzam.

Słowo jest chropawe, zielone,

ma pod językiem smak ziemi.

Nie wiadomo, gdzie kończy się

roślina, a zaczyna

jej nazwa.

Może właśnie dlatego dawne

słowa umierają pierwsze…

potrzebują rzeczy.

Nie wystarczy słownik.

Musi być jeszcze mokradło,

chróst, smug, rokicina,

łęczyszcze, źrzódło.

Sześć miejsc, których mapa

nie umie już

oddychać.

Za płotem sąsiad kosi.

Kosiarka łomocze, miele,

miażdży miękkie mrowie

zieleni.

Potem zostaje porządek.

To słowo podejrzewam

od dawna.

Porządek.

Ma w środku coś z rzędu,

coś z rozkazu, coś

z prostowania

tego, co rosło krzywo.

A krzywo rośnie wszystko,

co żyje dostatecznie długo.

Grusza.

Palec.

Rzeka.

Kręgosłup.

Droga mrówki.

Miłość.

Sześć odstępstw

od linijki.

Wieczorem ogród schodzi

z naszych nazw.

Najpierw giną granice rabat.

Potem ścieżka zarasta

białym podbiałem, choć podbiał

nie wie, że właśnie

przekroczył ścieżkę.

Tedy furtka skrzypi sama.

Za nią wszystko jest

jeszcze…

brzęczące, pełznące, kiełkujące,

próchniejące, pylące,

niedokończone.

Sześć czasowników

bez gospodarza.

I myślę, że ogród nigdy

nie był naszym

ogrodem.

Byliśmy tylko krótkim

przypadkiem gramatycznym

w jego długim

rośnięciu.

2. INSTRUKCJA PLEWIENIA JĘZYKA

Babcia wyrywała chwasty

bez rękawic.

Mówiła: trzeba znać

korzeń po

oporze.

Perz wychodził długo.

Podagrycznik z urwanym

kłączem wracał, nim zdążyło

zapomnieć o nim

miejsce.

Mlecz puszczał białość

na palce.

Pokrzywa pamiętała dotyk.

Skrzyp łamał się

z suchym szczękiem.

Powój udawał, że jest

sznurkiem.

Sześć sposobów rośliny

na odmowę.

Wtedy nie wiedziałam,

że słowo chwast

jest wyrokiem wydanym

przed procesem.

Roślina winna

samej obecności.

Nie tam.

Nie teraz.

Nie dla nas.

I to wystarcza.

W starym zielniku znajduję

inne miano:

ziele niepożyteczne.

Jakże piękna była ta

bezradność:

nie złe,

tylko niepożyteczne.

Jeszcze człowiek musiał

wyznać własny interes.

Potem język nauczył się

skracać.

Chwast.

Szkodnik.

Ugór.

Odpad.

Nieużytek.

Zbędne.

Sześć krótkich noży.

Każdy dobrze mieści się

w ustach.

W ogrodzie tymczasem

maruna wsiewa się między

cegły.

Komosa podnosi

zieloną dłoń.

Żółtlica drobnokwiatowa

przybyła z daleka, lecz nikt

nie pamięta momentu,

w którym obca

stała się tutejsza.

Azali ziemia zna

cudzoziemca?

Pytam glinę.

Milczy.

Pytam deszcz.

Wchodzi wszędzie.

Pytam pszczołę.

Siada raz na koniczynie,

raz na ostrożniu, raz

na facelii, raz na lebiodce,

raz na nawłoci, raz

na czymś, czego

nie rozpoznaję.

Sześć kwiatów.

Ani jednej granicy.

Może ogród zaczyna się

dopiero tam, gdzie ogrodnik

na chwilę

przestaje mieć rację.

Babcia miała inne słowo:

samorost.

Mówiła je z nieufnością,

lecz słyszę w nim dziś

rodzaj wolności:

samo-rośnie.

Bez naszego zezwolenia.

Bez planu.

Bez projektu.

Bez nawozu.

Bez podpisu.

Bez nas.

Sześć nieobecności,

z których powstaje

obecność.

Pod wieczór plewię rabatę.

Wyciągam perz i nagle

biały korzeń pęka.

Pod ziemią zostaje

mały przecinek.

Wiem, że wróci.

I pierwszy raz

nie nazywam tego

porażką.

Może korzeń poprawia

zdanie, które człowiek

zakończył zbyt

wcześnie.

JULIA MIŚKOWICZ (godło OGRODNICZKA) – Trybsz

JA OGRÓD

Ja i mój ogród to jedno

Razem żyjemy i umieramy

Razem trwamy pośród czasu

Mój ogród w wiosennym ubiorze

Z żółtym uśmiechem nieśmiałych żonkili

Z ich naiwną wiarą w nowy początek

Nad nimi elegancik czerwony tulipan

Rozchyla płatki w podniosłym nastroju

Malutkie białe stokrotki

Dzieciątka jasne i czyste

Tajemnicze fiołki skrywają sekrety w korzeniach

I ja

Jestem wiosennym ogrodem

Z żonkilami wierzę w młodość

Czekam z tulipanem na miłość

Jak to na wiosnę

Jestem dzieckiem

Stokrotką

Na ścieżkach codzienności

Wysiewam nasiona wyborów w ziemię czasu

Pielęgnuję wspomnienia niczym fiołek zapuszczając korzenie

Chowam w nich sekrety wspomnień

Ja wiosna

Ja zapał i nadzieja

I nadchodzi lato ogrodów

Strzelają ku niebu barwne łubiny

Dumnie prężą kolorowe kłosy

Fiolet lawendy pachnie do upojenia

Pośród czerwonych płatków piwonii przysiadł żuczek

A w lusterku rosy na krzaku purpurowej róży przegląda się pszczoła

Hortensja obojętnie ogląda ogrodowy spektakl

I tylko jaśminowiec z zachwytem wznosi coraz wyżej

Swoje intensywne i ulotne piękno

I tylko słonecznik

Wychyla twarz do słońca

Nocą tęskni za jego świetlistą tarczą

Za dnia ślepo podąża

Lojalny do bólu

Naiwnie wierzy w to, co nieuchronnie zagaśnie

Jestem letnią burzą

Co spada na ogród

Pielęgnuję posiane tęsknoty zasadzone plany

Cierpliwie podlewam dobrocią

Jak łubin szukam własnej drogi do gwiazd do marzeń

Po burzliwym trudzie koję zmysły wonią lawendy

Kryję miłość w gąszczu czerwonej piwonii

Kaleczę życie cierniami róż

Przyjmuję z obojętnością hortensji rany

Uczę się dojrzałego piękna

W zielonym cieniu jaśminowego zakątku

Chowam nadzieje i pragnienia

A

Wieczorami wzorem słonecznika chowam głowę

W złotych odcieniach błyszczy jesienny ogród

Biała dama lilia pachnie żalem jak perfumami

Fioletoworóżowe astry zdziwione rozkwitają nagle

Nie bacząc na późną porę

Rude aksamitki uparcie stawiają czoła chłodnym powiewom

Jestem jesiennym szelestem

Z liliami żegnam czyste wspomnienia

Nie pozwalam czasowi ich zniszczyć

Już posiadłam mądrość astrów przetrwam chłody życia

Nie boję się niczym aksamitka

Zbieram owoce własnych czynów i słów

A kiedy śniegi otulą ogród

Na przekór budzi się bukszpan

Trwa wiecznie zielony na posterunku

Stały mimo zadanych mu ran

Pod nim płoży się barwinek

Wierny sobie z niegasnącą nadzieją

Jestem zimowym czasem

Zahartowana w ranach jak bukszpan

Trwam w niegasnącej nadziei barwinka

Odpoczywam po trudach

W białym głębokim spokoju otulam śpiące utopie

Ukrywam serce pod lodem

Czekam

Wszak jak po nocy przychodzi dzień tak po zimie wiosna

W ogrodzie mojego życia

Wydeptuję ścieżki zostawiam na nich ślad

Podlewam rośliny obficie łzami

Jestem ogrodniczką

Nie płaczę nad zwiędłymi kwiatami przeszłości

Zbieram nasiona nadziei

Wyrywam chwasty nienawiści żalu zła

W zakątku miłości mojego ogrodu

Jestem wolna

Rozkwitam

W zakątku wspomnień rozlała się mgła niepamięci

Spoglądam w dół minione lata leżą jak suche liście barwne kwiaty

Do ciemnych zakamarków nie zaglądam

W wilgotnych zaułkach tli się żal

Nie wszystko zakwitło i wzrosło

Leży tam wiele zmarnowanych ziaren i uschniętych pragnień

W ogrodzie mojego życia

Pory roku piszą moją historię

Jestem ogrodem

KIEDYŚ

Kiedyś wrócę do domu

Stoi pośród jabłoni

Czeka na lepsze czasy

Do świętych obrazów na ścianie

Tkanego chodnika

Zapachu ciasta

Zwyczajnych słów

Pospolitych gestów

Kiedyś zdążę

Jeszcze zdążę

Zobaczyć motyla w przezroczystym płaszczyku

Kwiaty

Kiedyś zdążę

Napić się ze źródełka zanim tryska

Kiedyś

Przejdę boso po rosie

Zobacz

Jaka trawa zielona

Wrócę do sadu

Jabłoń obejmę

Popatrz

Znowu rodzi pachnące owoce

Zdążę

Nauczyć Cię miłości

Ale teraz

Patrzę w niebo

Liczę gwiazdy

Macham do księżyca

Boże

Jaki cudny świat

Teraz

Muszę odnaleźć siebie

Zapach przeszłości

Zew tęsknoty

JANUSZ PYZIŃSKI (godło NA ROZSTAJU) – Dębica

I stał się cud

moja wieś, podobna zgarbionemu świątkowi. oboje na rozstaju

rozmyślań i modlitw, kołowrotkiem różańca przędący nitkę nadziei

– pajęczą sieć, uwitą w oknie świątyni. patroni dobrej śmierci

w kroplach święconej rosy. oboje frasobliwi, zasłuchani w sen

z rodzinnych albumów (na zdjęciach zawsze wychodzi się dobrze),

alternatyw rzeczywistości. obserwują granicę dwóch światów

w załamaniu światła, przesuwając czas letni w zimowy..

droga jak pytajnik wije się w nieskończoność, konieczną

do dalszego ciągu wschodów i zachodów wciąż nowych słońc,

wracających namolnie do siebie na dzień i na noc.

po dachach skradają się koty, i niepokój o deszcz. spadnie

na cztery łapy, czy słońce stopi asfalt, paląc nogi gołębiom,

i nadzieję na okruchy chleba. chleb powszedni troski o jutro.

ziemia, podobnie jak usta, otwiera się, pęka jak słodkioe wargi

niedojrzałych kłosów. nie będzie z tego ziarna – mówili starsi

i na skróty, przez martwe morze, pod sklep ugasić pragnienie.

sklepowa magdalena ma mokre włosy, i oczy jej zachodzą malwą.

do rana rozrosną się w genealogiczne drzewa, obłapią kanarami

i spadnie deszcz. błogosławiony dzień siódmy. niedziela. ksiądz

grzmi – będzie burza, niosąca z wiatrem tonącego z brzytwą.

i stał się cud na polach wyobraźni. kolejny los kupiony na loterii.

wygrany, jak wszystkie szarobure dni. jak wszystkie inne bezimienne,

brzemienne dzieże, łaszące się do rąk, by ugniatać, formować ciasto tak,

aż smak się spopieli z dożynkowym wieńcem. katedra pod wezwaniem.

dzwon. przekażcie sobie znak. rozpoznasz zapach macierzanki,

błękit chabrów, kształt kory klonu? smak ulęgałki, cierpkość chrzanu,

ból przejechanego jeża? jeśli znasz, to krzycz, jeśli nie – zamilcz.

moja wieś przepoczwarzyła się w szramę na policzku mapy,

plamę na honorze. oślepła w biały dzień, ogłuchła w głuszy nocy.

straciła węch, i ślady miejsca swego zamieszkania.

Dożynki

moja wieś oswaja współczesność, sobie tylko znanym sposobem na jutro. w miejscu, gdzie

kiełkuje światło, wyrasta na monstrum, by zawisnąć nad horyzontem jak olbrzymi owad,

zbierający purpurowy nektar, do babcinego kufra pełnego nadziei, na odczytanie zapisków

z encyklopedii życia. mądrości pokoleń, w nierozpoznawalnych szyfrach. dobrze jest znać

kontury sensu, z którym przychodzi się na świat, dobrze wiedzieć, co znaczy kropla rzeźbiąca

skałę sprzeczności, dobrze ściągać brzemię nieważności i prostować garb. podziwiać piętno

rozdźwięków, rozbitych na piękno krajobrazów, plennych jak ziarno rzucone w ziemię.

cień, z dziesięciopalczastą skalą czułości, obumrze w południe, przyłoży ucho do zbóż,

postawi diagnozę że czas. kiedy przygaśnie podniebna watra, wyruszy na zachód,

by z puzzli pól ułożyć mandalę chleba, zanim nieruchawy księżyca sierp przyłoży się

do żniwa, ukręci powrósła z gwiazd, i w snopy zwiąże słowa kłosów, nadzwyczajnie

proste. ułoży w mendle świętej księgi czasu, trud odcisków na dłoniach. są jak witraże

w katedrze pól, antidotum, zdartych do krwi linii papilarnych bytu. byt ma smak piołunu,

i pachnie jak bez nadzieją. nijak i byle jak, byle do następnych. wesel, narodzin, chrzcin,

i dożynek, które zadomowiły się w życiu wsi, jak święty Franciszek w Asyżu,

utkwiły rybią ością w gardle. trzeba przepić, by przeszło. najlepiej duszkiem,

i koniecznie na zielną tuż po święceniu wieńców, kiedy kapela złożona

z samozwańczych grajków, porwie panie do tańca. aż zafurkoczą warkocze, nieważne

że siwe, ważne że z przytupem, iskrą, od której ogień wiecznie głodny, rozpocznie wędrówkę po lędźwiach. a nad ranem wysuszony do ostatniej kropli, wieńcowy korowód powróci

do stodół pełnych ziarna, zakręci żarnami, jak w tańcu biodrami, aż posypie się mąka,

i opadnie kurz. sny wplotą się w rozrzucone na poduszce słomy, włosy, jak pawie pióra.

Skip to content